Rozdział 17 - Mission Impossible

Porucznik obudził się zlany potem. Ale miałem atrakcje dzisiejszej nocy. O kurcze, a co z moim spotkaniem z Mariolką? Nie pamiętam nic.
Wstał z wozu. Na stoliku obok leży koperta z podpisem: “Wiesz do kogo i od kogo”. Ocho, to chyba nie był jednak sen. Przecież to ja miałem kupić duszę,a nie sprzedać swoją. - pomyślał. Pośpiesznie otworzył kopertę, zdenerwowany wyjął list. Zaczął go czytać …


Kochany Mikołaju!Byłam baaaaaardzo niegrzeczną dziewczynką. Ukaż mnie! BŁAGAM!

Na odwrocie listu znajdowały się współrzędne geograficzne jakiegoś plejsa. Porucznik szybko zajrzał do koperty - wypadł z niej timer odliczający czas od wartości 06:66:00, mapa, czarny jak pała murzyna marker oraz klucz. Ten ostatni wyglądał naprawdę dziwacznie, jakby do jakiś bardzo starych drzwi.

Porucznik jeszcze raz spojrzał na timer, który nieubłaganie odmierzał czas do Czegoś - domyślał się na czym polegać miało jego zadanie, więc na luziku rozpiął rozpora i kontrolnie zwalił sobie konia - lepiej mu się wówczas myślało. “Search & rape” To była pewnie jedna z tego typu misji. Jedna rzecz tylko zastanawiała detektywa. Takie zadania najczęściej sprowadzały się do odnalezienia obiektu i konkretnego wyjebania go/jej w każdy otwór. Na chuj więc te 6h? Porucznik miał wszystko - dokładne współrzędne celu, mapę (z markerem kurwa!) i klucz. Zlokalizowanie plejsa po współrzędnych zajęła Maciudze 1/2 + 3/4 + 69/70 sekundy (nie na darmo styrał w podstawówce pałę geografiście - wraz ze spermą przejął część jego wiedzy) - Fabryka Braci Kapczyńskich znajdowała się 30 minut szybkiej jazdy Borewiczem stąd i… Oho! FABRYKA BRACI KAPCZYŃSKICH!

“Jebany Cipuszko, wszystko dobrze przemyślał” - pomyślał Porucznik i w te pędy pognał do służbowego poloneza. “Mission Impossible jak chuj”.

Jechał więc sobie Porucznik poltomierzem drogą przez las. Słońce przedzierało się przez drzewa górujące na drogą i raziło Porucznika w oczy. Założył więc swoje okulary Police, z dużymi oprawami i przyciemnianymi szkłami. Poczuł się trochę jak “nocny jastrząb”. Podrapał się po jajcach i d wrzucił czwórkę. Za jakiś kwadrans miał być na miejscu, w fabryce braci kapczyńskich. Tajemniczy list, który skierował go na tą miejscówkę dał mu do myślenia. Zestawiając ze sobą wydarzenia ostatniego dnia domyślił się, że to pewnie tutaj wyprodukowano magiczne kapcie, które dostarczyły mu zresztą niezłej uciechy. Posuwać chujem chuja… Ta dziwna myśl krążyła w jego głowie od rana. Skąd się wzięła? Co to mogło znaczyć? Może to słowa jakiejś piosenki, którą przelotem słyszał w radiu… No właśnie, włączył radio i ustawił stację na “radio ma chuja”.

Spójrz mi w oczy głęboko
Jest tam skrawek nadzieji
Jak się dobrze czujemy
W środę i przy niedzieli

Nie ma chuja na mariolkę
Zabij muchę, zgnieć robaka
Nikt nie może Ci dyktować
Czy masz jeść na obiad ziemniaki, frytki czy kotleta

Wesoła piosenka dodała Porucznikowi otuchy. A może powinienem jednak kontynuować rodzinną tradyhę i wstąpie do policji… zamyślił się nad sensem życia Maciuga. Zbyt dużo pytań i zbyt mało podpowiedzi. Rzucę się w wir wydarzeń i zobaczym co będzie. Jak mówiło chińskie porzekadło Ma-ciu-Ga.

Porucznik podjechał poltkiem pod samą bramę. Z okienka wychylił się mały chłopczyk, chyba strażnik. Zajebać mu w ryja czy nie? Spróbuję dyplomatycznie - zastanowił się Maciuga.
- Synku, masz ochotę na jakieś lody? - zapytał Porucznik
- Tato, tato, pedofil! - zaczął krzyczeć chłopiec i odbiegając w kierunku drzwi w cieciówce przypadkiem zahaczył o dźwignię szlabanu. Droga wolna pomyślał porucznik, wrzucił jedynkę i ruszył.

Kurwa, też dyplomata ze mnie - pomyślał. Trzeba było go pierdolnąć kijem po nerach. Nie ma to jak agresja i do przodu! Ale nic to, jeszcze będzie szansa. Przecież mam w bagażniku pałki od numeru normal (”patyczak”) po biger (”XXX dildo”). Oj jak ich popieszczę moim ulubionym pętem po plecach to od razu zrozumieję z kim mają do czynienia.- skończył swoją myśl.
Maciuga mocno ściskał kierownicę. Miał świadomość, że może zostać zaatakowany w każdej chwili. Wiedział, że w tej firmie stosuje się pospolite metody Dete Ckie (DC). Obawiał się, że może zostać posądzony o zamordowanie Lvisa E., inwazję stada pędzących imadeł na gmach Klejmu na ul. Wieśniackiej, czy też koklusz w pierwszych latach XX wieku. Częstotliwość wytwarzania fałszywych oskarżeń i dowodów przez właściciela firmy była większa od częstotliwości wydalania przez niego ciepłego kału.
Nagle z gardła Porucznika wydobył się patetyczny utwór:


Oj, wielkuśki, wielkuśki, wielkuśki.
Tylko tyś jest właścicielem wielkiej kuśki.
Twoje pęto ciągle sztywnieje,
Kiedy dziewcze je ciągnie szalenie.

 

- No, to teraz im pokaże.
W Poruczniku zaczął narastać poziom agresji, wstąpiła nadludzka siła. Źrenice wytrzeszczone, lekko zaczerwnienione. Żyłka na czole zaczęła mu szybko pulsować, w tempie szykośći ręki trzepiekocińskiego gnoma. Zatrzymuje borewicza przed drzwiami, w drewnie rzezanymi. Z bagażnika wyciąga swojego przyjaciela - XXX dildo.
- To ja wam teraz kurwa pokaże.
- Aaaaaaaaaaaagggggggggggggggggggghhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhh - z okrzykiem drapieżnego barbażyńcy wpada do pomieszczenia rozsypując drzwi wymachując swoim narzędziem.
Zamilkł jednak po chwili. Otóż jego oczom ukazał się Markos Agentos. Koles ubrany w czarny lateks z pejczem w ręku odezwał się.
- To ja, Markos. Obskoczysz mnie …

Postać w lateksie szczeliła z bicza - oberwało się przelatującej musze. Niezły jest jebaniec - pomyślał Maciuga i powoli zaczął zachodzić gościa po okręgu, mocniej ściskając niezawodną broń. Przez krótką chwilę mierzyli się obaj. Markos Porucznika, Porucznik Markosa. Atmosfera gęstniała. Detektyw wdusił “On” - XXX-dildo zatrząsł mu się w ręce, jego samego wprawiając w miarowe drgawki.
- Niech rozpocznie się taniec! - ryknął Maciuga i ruszył do przodu wirując jakby sie ostro nażarł jakiegoś zielska. Markos szczelił z bicza w stronę Porucznika - szybki unik i doskok z wypadem w stronę Agentosa. Ten szybko podskoczył w górę, cudem unikając diabelnie szybkiego pchnięcia przeciwnika. Nie spodziewał się jednak, że…
- Żryj to! - detektyw szybko obrócił się i potężnym wibrującym wsadem zapierdolił z całej siły swym XXX-dildo w lateksowe dupsko Markosa, przełączając jednocześnie broń w tryb “rozjebywacz dupska”. Maszyna wlazła w odbyt Agentosa jak w masło. 120 pchnięć/sekundę zrobiło swoje - NIC kurwa nie zostało z jego dupy.
- Tylko na tyle Was stać, kurwa?! - Porucznik ryczał jak wściekły. Wyłączył broń. Nastała głucha cisza. Mieszanka gówna i krwi ciekła po jego twarzy. Wiedział jedno - Kapczyńscy nie cofnął się przed niczym. Musiał być czujny. Wróg mógł pojawić się w każdej chwili. Nie miał co liczyć na samych Braci - ci na bank przyatakują go swoimi Żołnierzami. Zastanawiał tylko w jakiej kolejności będą pojawiać się jego kolejni przeciwnicy. A może przylezą wszyscy na raz? Marszałek Korn, Sędzia Żebro i najgroźniejszy z nich wszystkich: Przemysław. Czekał.

Zaraz, zaraz pomyślał Maciuga. Opanuj swoje emocje i nie pozwól by gniew kierował twoim mieczem. Porucznik przypomniał sobie tą chińską prawdę jak tylko zaczerpnął świeżego powietrza wychodząc na tyły magazynów. Wiedział, że jest potężny i ma potężną broń, oraz że może na pomoc wezwać Demona Paproci, ale wiedział też, że wybory wygrywa się teczkami. Musiał znaleźć na siebie jakiegoś haka. Postanowił wykorzystać sztukę kamuflażu. Wrócił się do magazynu i zaczął przygotowywać dla siebie przebranie. Długo zastanawiał się co będzie najlepsze na tą okazję (do głowy przyszedł mu nawet strój murzyna). Miał wkraść się do biurowca, w którym znajdowała się headquater przedsiębiorstwa (to określenie firmy pamiętał jeszcze z lekcji ekonomiki z liceum). Biuro… meble…
- Mam! - wykrzyczał szeptem Maciuga. Znalazł w hangarze puszkę z ciemnobrązową farbą oraz trochę okleiny i kleju Wikol. Pomalował sobie farbą nogi i ręce, a pozostałą część ciała okleił udającą drewno okleiną. Ostatnią rolką owinął głowę i nożyczkami wyciął dwa kółeczka, aby mógł przez nie patrzeć.

Strój “krzesło” był gotowy.

Nowe przebranie porucznika było trochę niewygodne, ciężko chodziło się na czterech kończynach (w pozycji na pająka, aby nie ograniczać sobie widoczności i nie wystawiać na ślepo dupska) a dodatkowym utrudnieniem była jeszcze sztywna okleina. Po dwóch godzinach doczłapał się do oddalonego o 100 metrów biurowca. Był to 20 piętrowy wieżowiec i mimo nie najwyższych na świecie rozmiarów, ale swojej masywności i szerokości zapierał dech w piersi. Porucznik zaczął ponownie zastanawiać się nas sensem swojego przebrania. W tym tempie zwiedznie wszystkich pomieszczeń i korytarzy zajęłoby mu dobra 2 lata (albo więcej jeżeli podczas misji kilkakrotnie zginie i będzie musiał wczytywać stan gry z początku pomniejszych etapów).
Mamy czas powiedział sobie w duchu porucznik. Krzesło ruszyło więc dalej. Kolejne dwie godziny zajęło mu oczekiwanie, aż ktoś otworzy główne drzwi biurowca. Byłoby podejrzane, gdyby krzesło samo sobie otwierało drzwii. Gdy znalazł się już w głównym hallu podszedł do niego strażnik i zapytał:
- Czego tu szukasz, obcym wstęp wzbroniony.
- Jestem krzesłem - odparł cichutko porucznik, żeby barwą głosu nie zdradzić swojej prawdziwej tożsamości.
- Wporządku - odparł strażnik i wrócił do małej cieciówki.

Krzesło ruszyło dalej…

Szedł spokojnie, choć nie da się ukryć, że zaczął go poganniać czas. Zbliżał się nie ubłaganie deadline jego zadania. Porucznik był jednak oazą spkoju, nic nie było w stanie wyprowadzić go z równowagi. Nagle na ręku pod zegarkiem poczuł przyjemne smyranie. To jego zegarek informował go delikatnymi przebiciami prądu o kończącym się czasie.
O, kurwa. Ale będzie klops jak zatopie się w wodzie. Zginę napewno wówczas od przebić prądu. Ja jebie, przecież to masakra. Będe się smażył powoli niczym żydostwo w połowie XX wieku. Chyba, że jest mi to przykazane jako następcy dziedzictwa jude?!
- zadumał się Porucznik. Jakiego dziedzictwa jude, nie zaakceptuje nigdy tego, że jestem właścicielem obrzezanego pęta! Może powinienem iść na operację plastyczną - niech mi dosztukują napleta i już nie będe posądzany przez moje lachonki-ciągonki o żydowskie pochodzenie. O czym ja teraz myśle? Mam zadanie do wykonania.
Porucznik ruszył w kierunku windy. Kliknął 41 piętro. Zauważył w kącie pod sufitem małą przemysłową kamerę.
O, jebańcy nagrywają wszystko co popadnie. Zrobię fotkę moim telefonem (Kokia 3310) i podłączę ją pod ich monitory. Będą myśleli, że spokojnie podrużuje windą krzesło, a ja w tym momencie zmienię swój kamuflaż na nieco inny. - podstępny plan zrodził się w jego głowie.
Przeszedł natychmiast do działania. Fotka strzelona, podstępnie podłączona. Więc nic nie stało na przeszkodzie aby zaczął zmieniać swój ubiór. Po chwili zrzucił z siebie “strój” krzesło. No a teraz was zaskocze - pomyślał. Z kieszeni wyjął małe pudelko od zapałek z napisem “Maestro rules!”. Otwiera je, wysypuje się z niego proszek, magiczny chiński proszek. Był to proszek, którym należało posypać kutasa. Wówczas człowiek jest niewidoczny dla niemal wszystkich osób. No właśnie niemal. Porucznik miał świadomość, że moga go zobaczyć nekrofile i zoofile. Pomyślał jednak - Jestem w firmie Kapczyńskich, są tytaj sami true-scatolic fans. Więc nie ma takich zboczków i nikt mnie nie zauważy.
Winda dojechała na piętro misji Maciugi. Sygnał dzwiękowy windy dał znak dla niego, że pora już wysiadać: “41 pięterko, Nie sraj na kraj, bo kraj szczęście ci dał”.
Mająć świadomość swojej niewidzialności ruszył szybkim krokiem w poszukiwaniu drzewnianych drzwi. Posiadał klucz, który je otworzy. Kręcił się jak smród po gaciach po całym piętrze. Sprawdził czworo drzwi, do żadnych nie pasował jego kluczyk. Przypadkiem jedne z nich uchyliły się. Zachęcony takim obroem sprawy zajrzał i ogarnał go szok. Otóż jego oczom okazał się Korn czochrający pałkę dla buldożka francuskiego o imieniu “Spermokator”. O , ho ho. To się narobiło w kraju. Trzeba spierdalać bo mnie zauważą. - pomysłał i opuścił perwersyjne pomieszczenie. Prądy na dłoni były coraz mocniejsze, koniec czasu zbliżał się nie ubłaganie. Lekka panika wdała się w jego działanie. Idąc korytarzem natchnął się na dziwne drzwi. Ich dziwność polegała na tym, że były one różowiutkie, jak pupcia niemowlaka. Ach pyknał bym jakąś młodą dupcie - zaświtało w głowie Maciugi. Po chwili powrócił jednak do rzeczywistości i zaczął otwierać kluczem tajemne różowe wrota. Wszedł szerokim gestem, roztrzaskując jedno skrzydło drzwi o ścianę. Ale mam moce w dłoniach. Codzienne trzepanie laski dało zamierzony efekt. - zadumał się.
Jednak w tym samym momencie jego oczom ukazało się łoże. Takie spore - 3m na 4m. Było one jednak całe zajęte przez pewną osóbkę. No to może nie najlepsze stwierdzenie. O to będzie lepsze - Było ono jednak zajęte przez ogromnął kobietę ponton. Była to Matylda ~.
- Kochany Mikołaju!Byłam baaaaaardzo niegrzeczną dziewczynką. Ukaż mnie! BŁAGAM!
No tak, ciekawe jak ja mam ją zadowolić skoro ona jest nekrofilką bądź też zoofilką? - Porucznik zamyślił się, jednak po chwili ruszył w kierunku Matyldy…

Tłuszcz Matyldy rozlewał się po całym łóżku - wyglądało to tak, jakby łóżko było wodne. Tłuszczowa Dama falowała swoimi pokurczonymi rąsiami starając się ściągnąć do siebie Porucznika. W jego głowie przez chwilę pojawiła się jednak pewna myśl - Coś mi tu śmierdzi. Rzeczywiście, pod łożem Potwory leżało jebitnie wielkie świeże gówno.
- Zerżnij mnie! Chcę czuć cię w sobie! - ryczała zwała tłuszczu. Maciuga zatrzymał się w półkroku. Wciąż coś mu w tym wszystkim nie pasowało. Za chwilę miał się przekonać co to było.

Kupa gówna pod ryczącą Matyldą powoli zaczęła się poruczać. Detektyw, przeczuwając najgrosze wyciągnął 2 nagie miecze, które zajebał Władziowi Jebiełło z dzielni podczas rutynowej kontroli. Klingi zabłysnęły w ciemności. Kupa zaczęła się podnosić. Matylda już się całkiem nieźle rozkręciła. Wpadła jebana w jakiś trudny do opisania amok. Tłuszcz falował na łóżku jak może podczas sztormu, stożek z gówna zdawał się coraz bardziej unosić i rozszerzać. Porucznik ugiął mocniej kolana, wywijając obydwoma mieczami w dłoniach. Wiedział, że zaraz coś tu nieźle przypierdoli. Ryk Matyldy powoli stawał się nie do zniesienia.
- WYJJEEEEEEEEEEEEEB MNIEEEEEEEEEEEEE!!!! NO KURWA WYJEEEEEEEEEEEEEEB MNIEEEEEEEEE!!! YYYYYYYYY YYYYYYY YYYYYYYY YYYYYYYYYYYYYYYY YYYYYYYY YYYYY YY YY YY YY YY YY YY YY YY YY YY YYY YY Y YY YY Y Y Y… - nastąpiło głośne ‘puk!’ i zwały tłuszczu eksplodowały w stronę rosnącej kupy gówna. W jednej chwili tłuszcz szczelnie ją pokrył, zamieniając się gwałtownie w jakiś rodzaj skorupy, jakby kokonu nawet.

Nastała głucha cisza, raz po raz przerywana odgłosami Korna, jebiącego w psi odbyt Spermokatora. Ciśnienie w pokoju na chwilę zwiększyło się tak, że Maciudze przytkało uszy. A później jak nie pierdolnie - skorupa pękła, a przed nim stał ten, którego tak bardzo się obawiał - Przemysław.

Czerwone stringi, niczym wybierałby się na bal maturalny, purpurowy stanik, białe pończochy, także biały pas podtrzymujący je zdobiły jego niewielkich rozmiarów ciało.
- Mów mi rączusia. - odezwał się do Porucznika.
Maciuga stał zszokowany, tętno skoczyło do 200 na minutę. Pęto zaczęło mu twardnieć. Działo się coś z nim dziwnego. Przecież on mnie wcale nie podnieca, a pałka mi staje niczym na widok niezłej dupencji. - pomyślał.
- A skąd masz taką ksywkę? - wdał się w dyskusję.
- Moi kumple mi ją nadali. Był to upojny wieczór w gronie kilku facetów. Był tam Korn, Marus Marszałkus, Biodro, Jarku i Lesku. Była taka impeza, że wszyscy psy i koty ganiali. A jak ktoś nie dogonił, to moją rolą było służenie im swoją rączką.
- A jak mam ciebie zaspokoić? Pragnęł spełnić twoją każdą prośbę - Porucznik zrozumiał, że pozostawało dla niego nie wiele casu na spełnienie misji.
- To tak. Zacznijmy lajtowo. Musisz osikać mi twarz swoim ciepluteńkim moczem.
Ocho, nie no spoko. Tak to mi się podoba. - zadumał się Maciuga. - A i nawet szczać mi się chce więc spożytkują mocz dla wypełnienia misji.
- To jak? Chcesz dostać strumieniem po twarzy? Czy może napełnić najpierw garneczek i oblać cię nim? - dopytuje.
- Część do garnuszka, a większa część prosto z twojego pętka na moje boskie oblicze.
- Oki, jasne. A co dalej?
- Zbije ci konika rączką oraz stopami.
Też niezłe. - pomyślał Maciga.
- I pewnie spuścić ci się na suty bądź też na rajstopki.
- Czytasz moich myślach. - Odparł Rączusia. - Ale kilkanaście kropel musi zmieszać się z moczem w garnuszku.
- Jak powiedziałem wcześniej spęłnię każde twoje widzimisie.
- A na zakończenie osrasz moją wygoloną klaciore. To dopero na mnie działa. Ach jak Jarku i Lesku mnie osrali, nigdy tego nie zapomnę. - z dżokerem na twarzy wypowiadał te słowa boski Przemysław.
- A więc znam już swoje zadanie. Więc proponuję przejść do zabawy. - zachęca Porucznik.
- I oczywiście część kału musi znaleźć się w garnuszku, tak tym samym co będzie w nim mocz i sperma.
- Tak, tak. - odparł i zaczął startować do kociołka …

  • Zarówno komentarze i trackbacki są tymczasowo niedostępne.
  • Trackback URI: http://maciuga.top838.com/index.php/opowiadanie/mission-impossible/trackback/
  • Komentarze RSS 2.0

Komentarze są zamknięte.